FANDOM


Trasa nie była prosta. Mieliśmy nadzieję znaleźć przewodnika na Barsakelmes. W wypożyczalni wynajęliśmy trzy potężne terenówki. Bez nich do miejsca nie da się dotrzeć. Umieściwszy w bagażnikach namioty, śpiwory, prowiant i parę słusznych rozmiarów łopat, nasz konwój wyjechał z Ałmaty. W połowie dnia znaleźliśmy się w słynnej Dolinie Czujskiej. Droga jest równa i gładka, pozwalamy sobie i… milicjant łapie nas na radar.

Barsakelmes ostrov

— Gdzie was tak niesie?

— Na Barsakelmes.

— No, no. Zjeżdżajcie. Tylko nie zapomnijcie wrócić — mówi.

Niedługo zniknęły wszystkie oznaki cywilizacji. Po obu stronach drogi rozciągał się step i tylko gdzieniegdzie widać było resztki opuszczonych wiosek. Według mapy zbliżaliśmy się do mostu pontonowego przez Syr-darię. Jeszcze tylko punkt kontrolny — wioska Karateren, za którą zaczynają się bezkresne przestrzenie wyschniętego Aralu. Tam poznajemy Argyna — jednego z miejscowych, który zaprasza do siebie na nocleg. Jego dom, na którym wisi antena satelitarna, wyróżnia się na tle innych glinobitych chatek, podobnych do siebie jak dwie krople wody. Dowiedziawszy się kim jesteśmy i gdzie jedziemy, Argyn od razu powiedział, że będzie trudno znaleźć przewodnika, zresztą równie trudno byłoby znaleźć kogoś, kto chciałby w ogóle jechać na Barsakelmes. Obiecał jednak, że na drugi dzień pomoże nam w poszukiwaniach i nie zawiódł.

300px-Taras Shevchenko Barsa Kelmes Island

Następnego dnia poznaliśmy człowieka o imieniu Erbol, który w kolejnych dniach miał zostać naszym przewodnikiem. U Argyna uzupełniliśmy zapasy wody, paliwa, wędzonej ryby i udaliśmy się na Aral.

Pod naszymi kołami dudniło dawne dno jeziora. Jeśli nawet początkowo natykaliśmy się na jakąś roślinność, to przez parędziesiąt dalszych kilometrów istniała tylko pustynia — ani trawki i ani śladu życia — tylko popękana ziemia ze śladami soli. Wokół na wiele kilometrów ani jednego punktu odniesienia. Rzeczywiście, można tu przyjechać i nie wrócić.

Do GPS wprowadzamy namiary Barsakelmesa i zmierzamy w jego stronę. Nagle, niczym miraż, wyrasta przed nami szlaban z tabliczką: „Uwaga! Niebezpieczne zwierzęta”. Czy ostrzega przed istotami, o których mówiły legendy?

Zastanawiamy się. Nagle stop! Erbol — przewodnik, wychodzi z auta, nachyla się ku ziemi i woła nas. To pułapka! Pałka nabita gwoździami, a niedaleko druga, trzecia… Nie zliczysz ich tu. Najedziesz na taką i zostaniesz bez kół pośrodku pustyni, całkowicie odcięty od świata. Skąd się wzięły, nie wiadomo. Nie wiadomo też, dlaczego w tym miejscu nie działa telefon satelitarny.

Kto mógł zostawić te „pułapki”? Wkrótce okazało się, że prawie dotarliśmy do celu. Erbol wskazał ręką. Barsakelmes, w wyniku iluzji optycznej, wyglądał jak zawieszony nad gruntem. Niedostępna wyspa, którą niegdyś ochraniało morze, jest teraz strzeżona przez „jeże” z gwoździ. Oczyszczając przed sobą drogę metr po metrze, wjechaliśmy na Barsakelmes, nad który zaczęła napływać wieczorna mgła. Minęliśmy trzy opuszczone punkty kontrolne i kordon z metalowymi wrotami i gwiazdą. Potem szybko rozbiliśmy obóz na noc, która okazała się niespokojna…

W nocy nikt nie mógł spać. Przyczyną tego było bardzo nieprzyjemne zjawisko. Wiatr wpychał do namiotów lodowate powietrze, przeganiając sen. Noc była gwiaździsta. W drugiej części wyspy widać było zapalające się i gasnące światło. Wiedzieliśmy, że oprócz nas nikogo tam nie ma, bo Barsakelmes dawno opuścili jego mieszkańcy.

Kiedy się wreszcie rozwidniło zobaczyliśmy, że to chyba nasz ostatni poranek, bowiem… posinieliśmy i to nie od zimna. Była to osobliwa sinizna — na twarzy, rękach. Wyglądało to tak, jakby ktoś nas specjalnie natarł czymś kolorowym. Sini byli wszyscy, oprócz Erbola, którego to nie dziwiło. Uśmiechał się mówiąc: „To ‘syndrom aralski’ — tak mówią mądrzy ludzie. Szybko przejdzie samo”. Co nam było, nie wiedzieliśmy. Przypuszczenie było jedno — nasze organizmy, nieprzywykłe do tutejszych warunków, pochłonęły dawkę jakiejś substancji. Nie było jednak czasu, aby szczegółowo się nad tym zastanawiać. Musieliśmy zbadać byłą wyspę o rozmiarach 16 na 40 km. Potrzebowaliśmy na to co najmniej tygodnia, dlatego zdecydowaliśmy skupić swoją uwagę na jej centralnej części.

Praktycznie od razu naszą uwagę zwrócił fakt, że nie działał sprzęt elektroniczny: telefon satelitarny, komputer i generator prądu. Co więcej, nadal nie pozbyliśmy się nieprzyjemnych odczuć: duchocie i gorącu towarzyszył ból głowy i szum w uszach.

Szliśmy za naszym przewodnikiem trafiając najpierw do opuszczonych zabudowań gospodarczych i domów w centralnej części wyspy. Wszędzie porozrzucane były papiery, kolby, menzurki i fragmenty mundurów. W jednym z pomieszczeń pod przegniłymi deskami znaleźliśmy małe pudełko, a w nim podania uczonych ubiegających się o pracę tutaj. Wszystkie datowane były na 1953 r. W zbiorze dokumentów były też pisemne prośby pracowników o zwolnienie na ich własne życzenie. Sądząc po datach, od przyjęcia do zwolnienia mijało zwykle nie więcej niż miesiąc. Co mogło sprawić, że ludzie tak szybko zniechęcali się do pracy na wyspie? Wewnątrz pomieszczenia panował bałagan — najwyraźniej ostatni tubylcy opuścili wyspę w pośpiechu. A może wcale nie opuścili? Cały czas mieliśmy wrażenie, że nie jesteśmy tam sami…

Wychodzimy na powietrze i niedaleko od domów napotykamy na ziemianki — wykopane bardzo starannie. Erbol na nasze pełne pytań spojrzenia, wymamrotał przez zęby: „Mieszkali tu ludzie”. Opowiedział, że swego czasu na wyspie pracowali więźniowie i to oni żyli w ziemiankach, a kierownictwo nie dbało, aby mieli dogodniejsze warunki. Odpowiedź na pytanie, dlaczego pracowali tam więźniowie pojawiła się niebawem.

Po chwili dostrzegamy pas startowy ewidentnie przeznaczony dla samolotów transportowych. Widać także parę dobrze zachowanych anten. Po co tu taka infrastruktura? Z pewnością nie do transportowania kułanów.

Naszą uwagę przykuł jeszcze jeden obiekt. Chodzi o wzniesienie kształtem przypominające gigantyczny talerz. Tak jakby ktoś cyrklem wyznaczył na ziemi idealny okrąg. Chodziliśmy po nim, ale towarzyszyło temu odczucie, jakbyśmy stąpali po „innej” glebie. Wydawało się, jakby pod naszymi stopami znajdowała się jakaś struktura uchodząca jeszcze niżej pod ziemię. Być może znajduje się tam wejście do podziemnego bunkra, gdzie mogły istnieć sekretne laboratoria? Nie było możliwości, by to sprawdzić — przewodnik dostrzegając nasze zainteresowanie, zaczął usilnie nalegać, aby oddalić się w inne miejsce.

Podążając za nim docieramy na... cmentarz, na którym dostrzec można także całkiem świeże mogiły. Jeśli wcześniej chowano tu ludzi pracujących na miejscu, to kto może być pochowany obecnie na wyspie znajdującej się setki kilometrów od miejsc zamieszkanych przez ludzi? Tylko na jednym krzyżu wisiała tabliczka z imieniem i nazwiskiem człowieka, który, jak wyjaśniło się później, swego czasu pracował naukowo na wyspie. W ostatnich latach mieszkał w Londynie gdzie zmarł, ale zawczasu zażyczył sobie, aby jego ciało złożono na Barsakelmesie.

Docierając na wyspę zdołaliśmy jedynie otrzeć się o jej tajemnice skrywane latami. Mieliśmy nadzieję otrzymać więcej informacji od ludzi, którzy tu kiedyś pracowali.


Tłumaczenie: I-da, z: wykop.pl

Oryginał: reddit