FANDOM


Kim jestem? Nie pamiętam. Nie wiem czy chciałbym to pamiętać. Ostatnią rzecz jaką pamiętam, jest obudzenie się tutaj. Z początku myślałem, że znalazłem się na końcu niesławnego tunelu, który każdy widzi gdy zbliża się ku obliczu śmierci. Wydawać by się mogło, że otacza mnie wyłącznie śnieżna biel. Nie możliwe było wytyczenie granicy horyzontu i idealnie płaskiego podłoża. Wszystko miało dokładnie ten sam odcień bieli. Nie rzucałem żadnego cienia. Czułem wszechogarniająca mnie pustkę. Coś jednak zaburzało tę, jak mogło się początkowo wydawać, idealną pustkę. Przez długi czas nie umiałem odpowiedzieć na pytanie, co to było? W końcu odkryłem źródło zakłóceń tej harmonii. Była to pojedyncza czarna kropka w oddali. Z powodu braku alternatyw wyruszyłem w stronę nieznanego. Później zdałem sobie sprawę, że nawet gdybym pozostał w miejscu przebudzenia, czy nawet poszedł w przeciwnym kierunku, nie uchroniłbym się przed drogą szaleństwa.

Droga była długa ale, o dziwo, ani trochę mecząca. Powiedziałbym nawet, że bardzo komfortowa. W takiej sytuacji jak moja, najwyraźniej każda forma ruchu jest czymś odprężającym. O ile odpocząłem fizycznie, to myślowo nie zaznałem spokoju. W mojej głowie kumulowały się pytania. Skąd się tu wziąłem? Czy ja umarłem? Dlaczego nic nie pamiętam? Czy to tak wygląda niebo? Skoro tak, to czy nie powinien mnie już ktoś powitać? Tak rozmyślając, zacząłem rozpoznawać kształt dotychczasowej kropki. Ku mojemu zachwyceniu, dostrzegłem w niej ludzką sylwetkę. "Nareszcie ktoś mi to wszystko wyjaśni!" pomyślałem.

Postać pomimo bycia zwróconą prosto w moim kierunku, nie zareagowała w żaden sposób. Kiedy dotarłem na odległość Kilku dziesięciu metrów, zacząłem wołać tajemniczą osobę. Nie uświadczyłem żadnej formy odzewu, choćby wzdrygnięcia. Im bliżej do czarnej postaci, tym więcej szczegółów mogłem o niej powiedzieć. Była ubrana na czarno. W szatę przypominającą odzienie mszalne. Postać miała łysą głowę, a twarz zwyczajną. Najbardziej zastanawiał mnie ogólny bezruch tajemniczej osoby. Stała wyprostowana. Niemal na baczność. Kiedy dotarłem przed jej oblicze, spytałem. "Kim pan jest?". Nie otrzymałem odpowiedzi. Spróbowałem ostrożniej "Miły dzień prawda?". Nie przyszło mi do głowy nic lepszego. W odpowiedzi nie otrzymałem nic. Kolejne próby nie przyniosły oczekiwanej interakcji. Mężczyzna wydawał się w ogóle nie ruszać. Zrezygnowany poszedłem spać. Wiedziałem, że nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo ze strony nieruchomego. 

Obudziłem się. Dzisiaj postanowiłem dokładniej przyjrzeć się przedziwnej postaci. Matko Boska. Jaki ja byłem głupi. To wcale nie był człowiek. To była gliniana figura. Co prawda była wykonana po mistrzowsku, i na pierwszy rzut oka można by się pomylić, ale ja przecież miałem z nim kontakt. Jednostronny, ale kontakt. Zrzuciłem winę na moją samotność i chęć spotkania kogoś innego. 

Mija już drugi dzień. Nie mam pojęcia jak potrafiłem ocenić czas tu spędzony. Biel nigdy nie staje się jaśniejsza, ani ciemniejsza. Zaufałem mojemu zegarowi biologicznemu. Gliniany ksiądz stał nieruchomy. Bardzo chciało mi się pić. Wyruszyłem w głąb bieli, w poszukiwaniu pożywienia.

Zacząłem wędrówkę dwie godziny temu. Cholera jasna, tutaj wszystko jest takie same. Gdzie nie spojrzę tam nic tylko ta sama biel, jak śnieg. Jedyna rzecz, która wyróżniała się w tym białym krajobrazie, przypominającym mi bardziej kartkę papieru, była czerń glinianej figury. łaknąłem jej. Po dwóch godzinach bezsensownej tułaczki postanowiłem zawrócić.

Zacząłem gadać do siebie. Zbyt długa samotność może każdego doprowadzić do takiej paranoi. Kiedy kompletnie już wycieńczony dotarłem do figury, zdałem sobie sprawę z beznadziejności swojego położenia. W końcu, kto mógłby wiedzieć o tym miejscu? Przygotowałem się, na śmierć tutaj. Położyłem się i przygotowałem na pierwszą próbę samobójczą. Na odwodnienie.

Z braku innego zajęcia, zacząłem uderzać w figurę. Nic innego do roboty nie miałem, a leżenie i czekanie na śmierć, to nie było to co chciałbym robić przed śmiercią. Gdy rozpadła się głową, zajrzałem do środka postaci. Przypominała wnętrzem czekoladowego mikołaja. Ujrzałem coś w środku. Był to klucz. Szybko zacząłem niszczyć całość, najlepiej byłoby przewrócić figurę, ale wydawała się zaczepiona do podłoża.

Gdy mogłem już sięgnąć klucza miałem całe ręce zakrwawione. Powłoka gliniana była gruba. Zacząłem mdleć. Wiedziałem, że jeśli teraz padnę, to już nie wstanę. Przez całe pięć minut, gdy miałem jeszcze siłę w nogach, biegałem jak szalony szukając drzwi, do których pasowałby klucz. Traciłem grunt pod nogami. Ostatnią siłą w swoich rękach poczułem dziurę w ziemi, równie białą co otoczenie.

Klucz zdawał pasować tam doskonale.