Fandom

Creepypasta Wiki

Czyściec istnieje

2159stron na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Komentarz1 Udostępnij

Czyściec istnieje, wierzcie mi. Każdy człowiek, który w jakiś sposób źle wykorzysta swoje życie, otrzymuje drugą szansę. Jedyne, co musi zrobić, to powrócić na ten świat i przeżyć wszystko od nowa, unikając popełnionych wcześniej błędów. Ja, Floyd Lawrence, dostałem taką szansę. To niesamowite. Pamiętam dokładnie moment swojej śmierci, pamiętam swój niewyobrażalny ból, pamiętam widok zmasakrowanych zwłok innych pasażerów, którzy zginęli na miejscu. Pamiętam też to, co wydarzyło się później. Ciemność, która przerodziła się w światło. Pamiętam swoją nogę, która w magiczny sposób wróciła na miejsce i pozwoliła mi iść przed siebie. Pamiętam widok zapierający dech w piersiach, obraz piękniejszy, niż wszystko to, co udało mi się zobaczyć przez całe życie. I pamiętam sięgające chmur ogrodzenie, które oddzielało mnie od Raju.
Wtedy zrozumiałem, że nie zasłużyłem na to, by się tam znaleźć. Nie usłyszałem żadnego głosu. Nie pojawił się święty Piotr ani anioł, który by mi wszystko wyjaśnił. Ta wiedza po prostu przyszła. Przed sobą zobaczyłem całe zło, jakie uczyniłem w ciągu niespełna czterdziestu lat swojego życia. Zapłakałem gorzko i zacząłem krzyczeć, błagając o drugą szansę.
Urodziłem się w rodzinie pochodzącej z klasy średniej jako trzecie, i ostatnie, dziecko. Ojciec zajmował się jakąś pracą w biurze. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jaką, ponieważ niedługo po moich narodzinach odszedł do innej kobiety. Znam go tylko z opowieści mojej mamy, która nigdy nie przestała go kochać. Każdego dnia wyczekiwała na jego powrót. Przygotowywała pięć porcji obiadu, regularnie wycierała kurze w jego biurze, które aż do jej śmierci pozostało w nienaruszonym stanie, a nawet kupowała mu nowe koszule. Żyła tak, jakby on przez cały czas mieszkał z nami, jednocześnie zaniedbując potrzeby własnych dzieci. Ze starszymi braćmi nie układało mi się najlepiej. Oboje traktowali mnie jak kogoś obcego, kogoś, kto podzielił ich szczęśliwą rodzinę. Mimo to, nie było mi źle. Nikt mnie nie bił, zawsze miałem co włożyć do ust, czasem dostawałem fajne zabawki. Nie brakowało mi niczego, bo nie wiedziałem, że czegoś mi brakować powinno. Po prostu nigdy nie uświadczyłem innego życia, nigdy nie miałem okazji dowiedzieć się, jak to jest mieć ojca, albo kochających braci.
Gdy poszedłem do szkoły szybko zdobyłem przyjaciela. Mark był inny od reszty moich rówieśników. Niemal nigdy nic nie mówił. Na wszelkie pytania odpowiadał kiwnięciami głowy. Nigdy się nie śmiał. Właściwie nie wiem, co mnie w nim ujmowało. Może to, że ani razu mnie nie skrytykował, że był uległy i pomagał mi w każdej sytuacji. Pewnego razu stanął w mojej obronie, gdy naraziłem się grupie starszych chłopców. Od tamtej pory zaczęli nas dręczyć. Każdego dnia przychodzili, aby zabrać nam kieszonkowe. Na szczęście nigdy się nie domyślili, że zostawiam większość pieniędzy w domu. Nie powiedziałem o tym nawet Markowi. W końcu jednak miałem dosyć. Zdecydowałem, że następnym razem, gdy przyjdą po pieniądze, wspólnie stawimy im opór. Przyszli następnego dnia. Wspólnie z Markiem byliśmy w toalecie, gdzie spisywałem od niego pracę domową. Nasi dręczyciele wtargnęli do środka z zamiarem palenia papierosów. Gdy tylko zobaczyli, na kogo trafili, od razu zaczęli domagać się kieszonkowego. Nagle słowa stanęły mi w gardle. Nie potrafiłem się postawić. Nie umiałem się obronić. Bez słowa, drżącymi rękami sięgnąłem do kieszeni spodni, skąd po chwili wyciągnąłem pieniądze. Mark nie robił nic. Stał całkiem prosto, przerzucając spojrzenie z jednego na drugiego. Nie bał się, widziałem to w jego oczach. Pomyślałem sobie wówczas, jak bardzo mu zazdroszczę tego, że niczego się nie obawia. Oddałem pieniądze i czym prędzej uciekłem na zewnątrz, zostawiając go z nimi.
Podobno stłukli go na kwaśne jabłko. Nie mogę tego stwierdzić na pewno, bowiem od tamtego dnia nie zobaczyłem go już nigdy więcej. Było mi strasznie przykro, że mój przyjaciel postawił się komuś, z kim nie miał najmniejszych szans wygrać. Zdałem sobie sprawę, że od teraz będę całkiem osamotniony. Że już nikt nie stanie w mojej obronie, że nikt nie będzie pomagał mi w odrabianiu zadań domowych ani pisaniu sprawdzianów.
Szkoła się skończyła i poszedłem na studia. Był to dla mnie czas wielkiego smutku. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że wszyscy moi rówieśnicy mają za sobą swoją pierwszą miłość. Tylko ja nigdy nikogo nie pokochałem. Do tej pory nie przeżyłem swojego pierwszego razu. Było mi wstyd. Zacząłem z pożądaniem spoglądać w kierunku każdej mijanej na ulicy kobiety. Każdą z nich wyobrażałem sobie w całkowitym negliżu, każda w mojej wyobraźni stawała się moją seksualną niewolnicą, wykonującą wszystkie moje polecenia. Moje wybujałe fantazje stawały się coraz silniejsze i nie wystarczały. Do normalnego funkcjonowania potrzebowałem kobiety. Prawdziwej kobiety, ciała z krwi i kości. Wreszcie przełamałem swój lęk przed odrzuceniem. Wiedzcie, że nie należałem do najprzystojniejszych facetów, ale nie uważałem się też za kogoś wybitnie brzydkiego. Byłem całkiem nieźle zbudowany, regularnie uprawiałem sport i nie obżerałem się śmieciowym jedzeniem. Mimo to, pozostawałem wiecznie zamknięty w sobie. Od czasów Marka nie zdobyłem nawet żadnego przyjaciela, o dziewczynie nie wspominając. Jednak w końcu się przełamałem. Rose była przepiękną kobietą. Gdy tylko ją ujrzałem, w mojej głowie pojawił się niezwykły obraz. Fantazje z jej udziałem należały do najbardziej brutalnych i cholernie przyjemnych. Szybko zacząłem działać. Dowiedziałem się, że Rose ma chłopaka, ale nawet to nie mogło mnie zniechęcić. Wiedziałem już, że to z nią chcę przeżyć wiele chwil zapomnienia.
Okazja nadarzyła się, gdy zobaczyłem ją stojącą samotnie na stacji metra. Pewnym krokiem podszedłem do niej i zacząłem rozmowę. Nie była chętna do konwersacji, ale ja nie odpuściłem. W głowie miałem już gotowe scenariusze na sto upojnych nocy z nią i jedyne, o czym wówczas myślałem to za wszelką ceną doprowadzić do tego, aby je zrealizować. Tamtego wieczoru zostałem odesłany z kwitkiem. Szybko jednak stało się coś, co porównać można chyba tylko z wygraną na loterii. Z tą różnicą, że ja nawet nie musiałem wypełniać kuponu. Otóż, Rose okazała się nie być tak idealną i niewinną osóbką, na jaką wyglądała. Miała mnóstwo sekretów, które skrzętnie ukrywała przed światem. A mnie udało się odkryć jeden z nich. Okazało się, że moja piękność żyła pod zbyt dużą presją, co szybko doprowadziło do uzależnienia się od różnych specyfików. A to kosztowało. Gdy zatem rodzice z powodu własnych kłopotów finansowych przestali wysyłać jej pieniądze, wpadła w rozpacz. A mnie udało się o tym dowiedzieć. Sam całkiem nieźle sobie radziłem, pomimo braku wsparcia od starej i schorowanej matki, która ledwie wiązała koniec z końcem. Zaproponowałem Rose mały układ, na który ona, choć niezbyt chętnie, przystała. Piękna, ciemnowłosa Rose stała się moją prywatną dziwką. Przybywała na każde moje skinienie, aby tylko otrzymać trochę pieniędzy na używki. W takich okolicznościach zrealizowałem nie tylko sto fantazji z nią w roli mojej niewolnicy, ale też wszystkie pozostałe. Nasza znajomość zawisła na włosku po ponad roku, kiedy Rose zaczęła mieć wyrzuty sumienia. Przyszła do mnie późnym wieczorem. Gdy tylko zobaczyłem ją w progu, odruchowo zacząłem rozpinać spodnie, ale ona mnie powstrzymała i powiedziała, że nie chce kontynuować tej znajomości. W tamtym okresie seks stał się dla mnie czymś zwyczajnym. Zacząłem chodzić na imprezy i podrywać przypadkowe dziewczyny, a zatem jedna Rose nie powinna była robić mi wielkiej różnicy. A jednak robiła. Co tu kryć – zakochałem się. Po tym, co wam opowiedziałem, zapewne nie chcecie mi uwierzyć. Myślicie, że traktowałem ją jedynie jako obiekt seksualny. Macie rację, początkowo tak było. Nigdy jej tego nie powiedziałem. Chciałem to zrobić, lecz gdy wtedy w nocy stanęła w drzwiach mojego mieszkania i powiedziała, że nie chce dłużej zdradzać swojego chłopaka... Wtedy po raz drugi w życiu doznałem uczucia całkowitej niemocy. Czegoś na kształt paraliżu.
I tak skończyła się moja pierwsza miłość. Rose nigdy później nie spotkałem. Jej chłopak zapewne nigdy nie poznał prawdy o rozwiązłości swojej ukochanej, zresztą niezbyt mnie obchodzi, czy ułożyła sobie życie z nim, czy może z kimś innym.
Musicie coś wiedzieć. Tak wiele czasu poświęciłem na, w gruncie rzeczy, nic nieznaczące epizody z mojego życia, zapominając o tym, co tak naprawdę oddzieliło mnie od Raju. Otóż, popełniłem kiedyś bardzo złą rzecz. Coś, o czym nigdy nie zapomniałem i chyba tylko dręczące mnie poczucie winy ocaliło mnie przed piekłem. Zabiłem człowieka.
To stało się przypadkowo. Byłem na ostatnim roku studiów, miałem wówczas dwadzieścia dwa lata. Siedziałem w swoim mieszkaniu, jak każdego niedzielnego wieczoru. Oglądałem telewizję i popijałem piwo, siedząc wygodnie w fotelu. Nie spodziewałem się gości, toteż dźwięk dzwonka do drzwi mocno mnie zdziwił. Pomyślałem, że może to moja ówczesna sympatia, Alice, postanowiła złożyć mi niezapowiedzianą wizytę. To jednak nie była Alice, lecz jakiś nieznajomy mężczyzna. Gdy tylko otworzyłem drzwi wepchnął się do środka i powiedział, że musimy poważnie porozmawiać. Wystraszyłem się nie na żarty. Kto by się nie przestraszył. Po raz kolejny dopadło mnie uczucie paraliżu. Oprzytomniałem dopiero wtedy, gdy zdałem sobie sprawę, że konfrontacja jest nieunikniona. Napastnik wyciągnął nóż i rzucił się na mnie. Upadłem na podłogę. Zaczęliśmy tarzać się po ziemi. On próbował mnie zranić, a ja robiłem wszystko, by uniknąć trafienia. Mężczyzna wyglądał na niepoczytalnego. Na moje szczęście, nieznajomy szybko się zmęczył, co dało mi okazję do wyrwania mu z rąk potencjalnego narzędzia zbrodni. Gdy udało mi się go obezwładnić, zdałem sobie sprawę, że jego życie jest teraz całkowicie zależne ode mnie. Poczułem się... szczęśliwie. W tamtej chwili byłem Bogiem. Paradoksalnie, z ofiary stałem się łowcą. W jednej chwili odmieniło się całe moje życie.
Pewnie myślicie, że zadałem mu cios. Nie, nie zrobiłem tego. Wyszeptałem mu do ucha kilka niecenzuralnych słów i poinformowałem, że dzwonię na policję. Wstałem, otrzepałem się z niewidzialnego pyłu i poszedłem do telefonu. Zapewne zastanawiacie się, czemu zostawiłem napastnika całkiem samego, dając mu sposobność do kontrataku. Też mnie to zdumiewa. Nie wiem, dlaczego nie pomyślałem o tak oczywistej rzeczy... Gdyby nie to, nie stałbym później przed zamkniętą bramą prowadzącą do Raju. Nie musiałbym przeżywać tego po raz drugi.
Co się jednak stało, to się nie odstanie. Poszedłem po telefon, zostawiając nieznajomego mężczyznę samego. Jakież to szablonowe i przewidywalne... Wstał i rzucił się na mnie. Tym razem nie udało mu się mnie powalić, jednak dał radę wytrącić mi jego nóż z ręki. Moja jedyna szansa na obronę przeleciała przez pomieszczenie i wylądowała pod stolikiem do kawy w saloniku. Wtedy to znów przyszło. Przeklęty paraliż uniemożliwiał mi obronę. Nieznajomy natychmiast popędził w stroną noża i po chwili miał go już w garści. Wtedy stało się coś, czego nie potrafiłem i nadal nie potrafię logicznie wyjaśnić. Moje ciało zaczęło działać całkowicie samo, bez mojego przyzwolenia. Ręce wyciągnęły się do przodu a nogi ruszyły pędem przed siebie, wprost na mężczyznę. Powaliłem go mocnym pchnięciem. Nieznajomy uderzył tyłem głowy prosto w kant stolika. Zmarł niemal natychmiast. Dopiero wtedy odzyskałem pełną kontrolę nad sobą. Zadzwoniłem na policję i pogotowie, choć zdawałem sobie sprawę, że jest za późno na jakikolwiek ratunek. Powiedziałem do słuchawki swoje nazwisko, adres i dodałem, że właśnie zabiłem człowieka.
Jeśli zastanawia was, co ten facet robił w moim domu, spieszę z wyjaśnianiami. Mężczyzna był chory psychicznie, niepoczytalny. Przyszedł do mnie z myślą, by zabić. Byłem całkowicie przypadkową ofiarą. A raczej miałem nią być. Stałem się tymczasem ofiarą siebie samego. Ten czyn, za który nie poniosłem żadnych konsekwencji prawnych, uzmysłowił mi, że coś jest nie tak z moim ciałem. Że ono nie jest mną, że nie mam nad nim kontroli. Że w każdej chwili moje ciało może wypowiedzieć mi posłuszeństwo i zabić kolejną osobę. Czułem się winny. Cholernie winny, choć wielokrotnie tłumaczono mi, iż to nie moja wina. Moja. Nie powinienem był iść po telefon, dając mu czas na powstanie. Należało go obezwładnić, albo przywalić w łeb na tyle mocno, żeby stracił przytomność. Powinienem był działać, dopóki miałem kontrolę nad własnym ciałem.
Koniec mojego życia nie był końcem życia kogoś na wysokim stanowisku, człowieka powszechnie szanowanego w społeczeństwie, szczęśliwego męża i ojca. Może to i lepiej, że do niczego nie doszedłem w ciągu tych niemal czterdziestu lat egzystencji. Do samego końca prześladował mnie obraz tego człowieka. Myślałem o nim każdego cholernego dnia, widziałem go każdej nocy w koszmarach. Był ze mną w autobusie, którym, jak co dzień, jechałem w poniedziałkowy poranek do pracy. Pogoda była brzydka, deszczowa i mglista. Nietrudno o wypadek w takich warunkach. Pojazd jechał za szybko, na ostrym zakręcie wpadł w poślizg. Uderzył w przydrożne drzewo i przewrócił się, przyprawiając o śmierć kilku pasażerów. Moja agonia była niezwykle powolna i bolesna. Zmiażdżyło mi nogę, powybijało zęby. Śmiertelne okazały się obrażenia wewnętrzne. Mógłbym przysiąc, że moja ofiara przy tym była. Że spoglądała na swojego kata i śmiała się z jego marnego losu. Ostatnim wspomnieniem był ogromny żal i... przerażenie. Nastała ciemność. Ciemność przerodziła się w światło. A ja zobaczyłem Raj. Raj, który dla mnie okazał się być zamknięty.
Dostałem jednak drugą szansę. Moja pamięć o poprzednim życiu nie została wymazana. Pamiętam każdy jego szczegół. To było niesamowite doświadczenie. Całe dwadzieścia dwa lata nieustającego déjà vu. Jakże niezwykłe było powtórne zaprzyjaźnienie się z Markiem, jak wspaniałe były upojne chwile w objęciach Rose! I jak przykre były moje tarapaty, jak bardzo cierpiałem, gdy po raz kolejny nie miałem odwagi zatrzymać kobiety mego życia przy sobie...
Nadszedł wreszcie dzień mojej próby. Siedziałem w mieszkaniu, piłem piwo i zajadałem się chipsami. Dzwonek do drzwi. Poczułem, że moje serce przyspiesza. Wiedziałem, że nie mogę od razu się przygotować i czaić się na napastnika z nożem, wiedziałem też, ze nie mogę zadzwonić na policję zanim to wszystko się wydarzy. Wiedziałem, że muszę się z tym zmierzyć. Otworzyłem drzwi. Mężczyzna wtargnął do środka i odepchnął mnie. Upadłem, a on rzucił się na mnie, wyciągając nóż. Po kilku minutach szarpaniny przyciskałem go do podłogi ciężarem własnego ciała, a w prawej dłoni trzymałem narzędzie, którym nieznajomy chciał mnie zamordować. Znów to uczucie. Głos w głowie, który podpowiadał mi, że mogę to zrobić. Że jego życie jest w moich rękach. Oparłem się temu i odrzuciłem nóż tak, iż wylądował pod stolikiem do kawy. Wiedziałem, że teraz się uda. Uderzyłem go pięścią w twarz. Jeden raz, drugi, trzeci. Biłem go do nieprzytomności. Gdy tylko upewniłem się, że nie jest w stanie się podnieść, poszedłem po coś do związania napastnika. Obezwładniłem go i wykonałem telefon na policję. Przyjechali po kilku minutach, kiedy mój niedoszły zabójca zdążył oprzytomnieć. Krzyczał, że jeszcze go popamiętam, że mnie dopadnie i zatłucze na śmierć. A ja... Nie potrafiłem opanować śmiechu. Po złożeniu zeznań i oddaniu funkcjonariuszom noża zostałem w mieszkaniu sam. Telewizor wciąż grał, ruch na ulicy malał, a ja poczułem się błogo. To była moja pokuta. Pokuta, na którą czekałem przez całe życie. Dosłownie.
To było szesnaście lat temu. Po skończeniu studiów wyjechałem do wielkiego miasta i osiedliłem się w nim na stałe. Tam zdobyłem pracę i mnóstwo pieniędzy, za które zbudowałem własny dom na jednym z luksusowych osiedli. Żyłem uczciwie i w zgodzie ze swoim sumieniem. A teraz... Teraz czas się pożegnać. Nadal jeżdżę do pracy autobusem. Wiem, że to wszystko musi się dokonać, aby pokuta była ważna.
Czyściec istnieje, wierzcie mi.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki