FANDOM


Ludzie składają się z kolorów. Z najróżniejszych. Z bieli, różu, zieleni, brązu, błękitu... A w środku tylko z czerwieni. Dziwne, prawda? Ale jest więcej kolorów. Głęboko. Głębiej niż czerwień. Tych kolorów niektórzy nie widzą, albo nie chcą widzieć. A nawet jeśli zdają sobie z nich sprawę, mają je za nic. Możemy ich strzec, dzielić się nimi... są nasze. Jesteśmy kolorami.


"Nie" krzyczał. "Nie mogę tam iść. Już nic nie mogę." I patrzył na nią jakby ze smutkiem w błękitnych oczach. Ścisnęła jego rękę i powiedziała cicho: "Ja ci pomogę."

Nikt mi nie pomoże. Tak bardzo boli mnie głowa.

  • Moja choroba niszczy wszystkich.

Idzie korytarzem, rozglądając się nerwowo. Wszyscy na niego patrzą, na pewno. A tamten stoi obok i się gapi. Udają, że go nie widzą. A przecież jest kilka metrów od nich. Nie chcą go widzieć, on też. "Darsy... Darsy, chodź tutaj." Kiwa się w przód i w tył na drewnianej podłodze, śmiejąc się. "Chodź tutaj..." Jestem sam. Prawie. Ja nigdy nie jestem sam.

"Co się stało?" pytam. Śmieje się. Wchodzę i zamykam za sobą drzwi. "Nate?" "Zobacz" wskazuje w bok. "Tam coś się rusza... widziałem kątem oka. Szukałem go chwilę, ale jakby się rozpłynął w powietrzu." "Czego się boisz? Co tam jest?" siadam obok. "Nie wiem czego się boję, może boję się tego, że tego nie wiem." patrzy  przed siebie. "Ale on niedługo przyjdzie i będę wiedział. Wiem że przyjdzie, że się pokaże. Czasem na mnie patrzy jak śpię." Wzdrygam się. "Zastanawiam się, kiedy się zacznie. Koszmary, budzenie się w środku nocy. Izolacja. Bezradność. Strach. Strach. Strach."

  • Moja choroba niszczy wszystkich. Ale zabije tylko mnie.

"Nathan! Nathan! Boże przenajświętszy..." "Najbardziej powinniśmy bać się nas samych." Krzyki, bieg, kroki na drewnianym moście. A potem skoczył.

Leży w łóżku szpitalnym. Nie czuje strachu. Tylko odrętwienie. "Czego chcesz?" warczy. Tamten się uśmiecha. Odwraca się i rozpływa w powietrzu jak dym. Czarny dym. "Nathan Grace..." odzywa się pielęgniarka. Za nią przeciska się kobieta ubrana w zieloną sukienkę. "Nate..." przyskakuje do łóżka. "Nate, nigdy więcej, rozumiesz?" krzyczy ze łzami w oczach. "Proszę..." pielęgniarka oblizuje wargi. Kobieta w sukni chowa głowę w kołdrę i płacze, trzymając rękę syna. Pielęgniarka wychodzi. "Czemu to zrobiłeś? Czemu..?" szlocha. Nathan odzywa się po dłuższej chwili. "Nie chcę dłużej czekać aż on odejdzie. Aż wszyscy stracą ochotę mnie skrzywdzić." "O czym ty mówisz?" patrzy na niego z niepokojem. "O czym ty do cholery mówisz?" A potem w jej wzroku pojawia się przerażenie, jakby musiała zrobić coś, co wydaje jej się najgłupszą i najstraszniejszą rzeczą na świecie.

"Nie" krzyczał. "Nie mogę tam iść. Już nic nie mogę."

  • Moja choroba mnie zabija. Moja choroba mnie niszczy.

Tydzień później idę korytarzem szpitala psychiatrycznego. Pielęgniarka pokazuje na drzwi. Po próbie samobójczej Nathan udał się do psychiatry, gdzie zdiagnozowano u niego schizofrenię paranoidalną. Rodzina nie miała pojęcia, że miał poważny problem, do tej pory był zwyczajnie niespokojny. Rodzice wyjechali na weekend, kiedy wrócili, Nate'a nie było w domu. Nie odbierał telefonu, pojechali go szukać. Znaleźli go na moście, stojącego na barierce. Wchodzę do środka, siedzi na podłodze i chowa głowę w ramionach. Zamykam za sobą drzwi i opieram się o ścianę. "Chcę wrócić do domu, Darsy." odzywa się prawie szeptem.

"Wiem. Ale najpierw musisz dojść do siebie. Jeszcze tylko...- "Tylko". "Tylko" dwa tygodnie.-Dwa tygodnie." Śmieje się cicho. "Tylko dwa tygodnie." powtarza.

  • Moja choroba. Moje szaleństwo.

Trzęsąc się, przekracza próg mieszkania. Dali mu leki i wypuścili po trzech tygodniach. A on wciąż czuje niepokój. "Rozpakuj się." mówi matka, uśmiechając się. "Wieczorem przyjdzie Darsy." Nathan powoli idzie z walizką do pokoju na piętrze. Rozgląda się. I przypomina sobie jak robił to, żeby zobaczyć czy nie ma tu czegoś, czego wcześniej nie widział. Oczami wyobraźni widzi czarny dym. Stoi chwilę w osłupieniu. Wyrywa go z niego dźwięk telefonu. SMS. Spogląda na ekran i otwiera wiadomość. Darsy. Darsy, Darsy, Darsy. "Kto to zrobił? Kto to zrobił?!" Odrzuca telefon z widniejącym na ekranie zdjęciem zwłok. Cofa się, chowając głowę. "Nie, nie, nie." Słyszy śmiech, a potem budzi się w łóżku szpitalnym. Koszmary. Dajcie mi spokój, dajcie mi spokój!

Wchodzę do pomieszczenia. Niedługo miną dwa tygodnie. Niedługo wróci do domu. Nie ma go. Słyszę jakiś dźwięk w łazience, więc wchodzę do środka. Zakrywam usta dłonią. Leży na podłodze, śmiejąc się jak zwykle. Szaleńczo i nerwowo, jakby z ulgą. Na jego twarzy widnieją przesiąknięte krwią kawałki taśmy klejącej. Po przyjrzeniu się jego twarzy widzę na policzku dziurę odsłaniającą zęby. Wokół leżą kawałki potłuczonego lustra. "Nathan!" krzyczę. "Ethan, Ethan..." śmieje się jeszcze głośniej. Rzucam się na podłogę obok niego i go przytulam. Szkło wbija mi się w kolana, a łzy wkradają do oczu. "Ludzie... składają się z kolorów." odzywa się słabo. "I kiedy ty jesteś taka kolorowa, ja składam się tylko z czerni..."

~Sølvi 

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.