FANDOM


Mówi się, że człowiek nie ma prawa pamiętać momentu swoich narodzin i wczesnych lat dzieciństwa. Ja pamiętam je dokładnie, nawet moment opuszczenia łona matki. Tak, pamiętam tę panikę, która ogarnęła mnie na jej widok.

Stała obok lekarza, który trzymał mnie w swoich mocnych dłoniach ubranych w lateksowe rękawiczki. Czarna woalka zasłaniała częściowo jej twarz, ale nie była w stanie ukryć żaru spojrzenia. W tych oczach można było dostrzec blask niegasnących ogni wprost z Gehenny. Patrzyła się na mnie i uśmiechała się czarnymi ustami, a jej smukłą twarz okalały idealnie proste, jedwabiste i długie, czarne włosy. Wziąłem pierwszy w życiu haust powietrza i poczułem nieznośny ból w płucach. Tego było za wiele.

Płakałem i wrzeszczałem, chciałem znaleźć się jak najdalej od niej i nie czuć już bólu, ale moja podświadomość mi podpowiadała, że tak będzie już zawsze. Jakby na potwierdzenie tych słów, usłyszałem nagłą krzątaninę lekarzy i przeciągły drażniący dźwięk szpitalnej aparatury. Jakaś pielęgniarka przejęła mnie z rąk lekarza i zabrała z sali. W chwili, gdy otwierała drzwi, po raz pierwszy zyskałem możliwość zobaczenia własnej matki. Jej twarz zastygła w grymasie bólu, a oczy pozostały wpatrzone w pustkę. Już wtedy wiedziałem, że nie żyje. Kobieta w czerni wciąż stała obok mnie, na wyciągnięcie ręki. Zacząłem ponownie płakać.

Dni mijały, a w szpitalu działy się coraz gorsze rzeczy. Nagle wzrosła śmiertelność wśród pacjentów w nim obecnych, a szczególnie wśród noworodków. Nie minęło dużo czasu, gdy zostałem sam na sali, reszta dzieci zmarła. Właściwie... nie byłem sam. Ona wciąż siedziała przy moim łóżeczku.

Po pacjentach przyszła kolej na personel. Najsilniejsi psychicznie postanowili się zwolnić. Wielu z nich udało się z prośbą o pomoc do psychologów, reszta próbowała sobie poradzić z tym nagłym brzemieniem, które na nich spadło, zatracając się w nałogach. Niestety, znacznie większa część nie wytrzymała i popełniła samobójstwo. Ze szpitala wypisano mnie na kilka dni przed jego zamknięciem, w sumie spędziłem w nim dwa tygodnie. Dwa tygodnie, które doszczętnie zrujnowały jeden z najbardziej renomowanych szpitali w okolicy. Wiele lat później dowiedziałem się, że budynek ten został kilka miesięcy później zburzony. Ludzie bali się tego miejsca, gdzie nagle tak wielu oddało swoje życie, więc władze miasta postanowiły przychylić się do ich prośby o zburzenie murów dawnego szpitala.

Mój ojciec miał więcej szczęścia, skończyło się tylko na zwolnieniu go z pracy, gdy pojawiłem się pierwszy raz w moim domu. Panowała tam wtedy żałoba po śmierci mojej rodzicielki. Wiadomość o stracie pracy była dla mojego ojca dodatkowym ciosem, ale nie załamał się pod nim — miał mnie. A ja wciąż miałem moją milczącą towarzyszkę u boku, nawet nie musiałem obracać mojej słabej główki, żeby się o tym przekonać. Czułem ją równie silnie, jakby była częścią mnie.

Pierwsza śmierć w naszym domu stała się, gdy miałem dwa latka. Ojciec kupił psa, specjalnie dla mnie, żebyśmy mogli razem dorastać. Miał być moim pierwszym przyjacielem i był nim, przez tydzień. Gdy wreszcie szczeniak zaufał mi na tyle, bym mógł znajdować się tuż obok niego, zdarzyło się, że zasnął. Podpełzłem do jego miękkiego futerka, położyłem na nim głowę i też zasnąłem. Gdy się obudziłem, szczeniak już nie był taki ciepły, a jego ciało nie było takie miękkie. Okazało się, że udusiłem go we śnie, choć wtedy jeszcze nie pojmowałem za bardzo, co się stało. Rozumiałem jedynie, że odszedł jak moja matka. Z mojej winy. Po tym incydencie nie mieliśmy już nigdy więcej żadnych zwierząt.

Moja mroczna towarzyszka przemówiła do mnie, gdy miałem nieco ponad pięć lat. Jej głos był równie ciężki i beznamiętny, jak wieko trumny. "Jesteś mój" usłyszałem od niej. Wiedziałem to już od dawna, gdyż gdziekolwiek byłem ja, tam była też i ona. Wyjawiła mi również swoje imię. Lilith. I naprawdę widziała Gehennę. Miałem stać się jej Heroldem na ziemi, zwiastunem Nieszczęścia, Smutku I Goryczy. Od tamtego dnia mówiła do mnie codziennie. Czasami były to pojedyncze zdania, a niekiedy opowiadała mi całe historie. Były mroczne i przygnębiające jak ona, a bezdeń smutku zeń ziejąca godziła wprost w moją duszę. Sam stałem się chodzącym nieszczęściem, wiecznie smutnym chłopcem o dużych i przerażająco czarnych oczach.

Kilka dni przed tym incydentem spytałem się wreszcie ojca, dlaczego zupełnie ignoruje „tę panią”. Wydał się skonsternowany pytaniem i w ogóle nie rozumiał o co mi chodzi. Wskazałem więc palcem na krzesło, na którym siedziała w bezruchu i uśmiechała się do mnie. Jeszcze bardziej zafrasowany ojciec odpowiedział mi, że tam nic nie ma, krzesło stoi puste... Tej samej nocy usłyszałem jego rozmowę z moją macochą. Stwierdziła, że wymyśliłem dla siebie przyjaciela, by lepiej sobie poradzić z nieobecnością matki w moim życiu. Widoczniej ojciec uznał tę odpowiedź za satysfakcjonującą, bo nigdy więcej nie wróciliśmy do tej rozmowy. A ona wciąż siedziała na krześle i uśmiechała się do mnie szeroko.

Lata mijały, a ja dorastałem inaczej, niż wszystkie inne dzieci. W naszym domu było wiecznie ponuro i smutno, nie odzywaliśmy się do siebie przy posiłkach, nie spędzałem nawet wolnego czasu z ojcem i jego nową żoną. Tkwiłem zamknięty w swoim pokoju razem z nią. Lilith zaczęła wtedy opowiadać coraz więcej, prawie w ogóle nie przestawała mówić, gdy byliśmy sami. Codziennie dowiadywałem się o tragicznej historii innego człowieka, którego smutek ją zamieszkiwał. Tak, była konsumentką ludzkiego smutku. Jako jedna z upadłych żywiła się ludzkim nieszczęściem, by sama mogła żyć. To było jej prywatne piekło, które podzieliła ze mną. Nigdy nie wyjawiła mi, dlaczego to właśnie mnie wybrała na swoją największą ofiarę, pomimo wielu moich pytań.

W wieku piętnastu lat uciekłem z domu. Ojciec zaczął chorować, wkrótce miał umrzeć. Mimo naszych słabych relacji nie życzyłem mu źle, dlatego stamtąd odszedłem. Miałem jedynie nadzieję, że wyzdrowieje dzięki temu. Tak straciłem dom, jedyną wartość w moim życiu, która dawała mi poczucie przynależności. Wór nieszczęść, które nosiłem głęboko w swojej duszy wzrósł jeszcze o moje własne. Z domu nie wziąłem nic, prócz paru ubrań na zmianę, ale wiedziałem, że nie zginę. Lilith szła obok mnie, a jej czarne włosy delikatnie rozwiewał wiatr. Doskonale wiedziała dokąd idziemy, choć nie wyjawiła mi tego. Wkrótce się okazało, że znalazła dla nas nowy dom.

Był to stary i od dawna opuszczony budynek położony samotnie przy skraju lasu. Nie wiodła do niego żadna ścieżka, po prostu stał pośród gęstej trawy, sięgającej mi wysoko ponad kolana. Okna, choć stare i pokryte grubą warstwą dziwnego osadu, były całe. Drzwi wejściowe były wykonane z mocnego, ale nadgniłego w wielu miejscach dębowego drzewa. Pchnąłem je, ale były zamknięte na klucz. Moja towarzyszka bez słowa podała mi do nich klucz. Wtedy zdarzyło mi się pierwszy raz zwrócić uwagę na jej dłonie, które do tej pory skutecznie chowała w fałdach swojej czarnej sukni. Były blade i niewyobrażalnie smukłe, co dawało upiorne wrażenie. Bardziej mi przypominały szpony topielca, czy innego mitycznego stworzenia, niż dłonie kobiety, którą starała się udawać. Klucz wszedł z pewnym oporem do zamka, ale jakoś wreszcie udało mi się go przekręcić i otworzyć drzwi. Wnętrze wyglądało obskurnie. Wszędzie było mnóstwo kurzu i zniszczonych przedmiotów użytku codziennego. Wśród tego cmentarzyska starych rupieci dało się dojrzeć zasuszone trupki szczurów. Lilith zamknęła oczy i wypuściła z płuc swoje morowe powietrze. Tu czuła się zupełnie swobodnie. Korzystając z chwilowej okazji, wyszedłem sam przed dom. Była to moja pierwsza samotna chwila w życiu. Chciałem się przywitać z mieszkańcami lasu. Jak się okazało, las był zupełnie opustoszały, jedynie kilka martwych saren i para wróbli leżało tuż obok drzwi wejściowych. „Przybyłem. Przepraszam” dwa słowa, które rzuciłem w pustą przestrzeń przed siebie wyrażały ogrom mojego żalu dla niewinnych leśnych istot. Nie dane mi było kontemplować długo nad owym smutnym widokiem. Rozpętała się burza, która miała trwać dla mnie całe wieki.

Znaleźliśmy się poza wszelkim czasem i miejscem, byłem tylko ja, ona i dom smagany potężną wichurą i ulewnym deszczem w akompaniamencie piorunów. Nie było kierunków, nie było dnia ani nocy, a na zewnątrz niepodzielnie rządził żywioł, który nie miał końca. Dach przeciekał i trupy szczurów zaczęły pęcznieć i gnić, a wszędzie dało się wyczuć charakterystyczny zapach rozkładu. Okazało się, że było ich znacznie więcej niż początkowo sądziłem. Cała podłoga była nimi usłana, wypełniały także po brzegi spróchniałe kuchenne szafki. Łazienka była natomiast jedynym miejscem z dostępem do wody. Oczywiście od dawna nieużywane rury zdążyły pokryć się grubą warstwą rdzy, a filtry lata temu przestały być zdatne do użytku, więc woda miała barwę zielonkawobrązową i cuchnęła stęchlizną. Próbowałem stamtąd uciec. Otworzyłem drzwi, ale za nimi ziała nieprzenikniona ciemność, która pochłaniała nawet rozbłyski piorunów. Gehenna zniknęła z oczu Lilith i roztoczyła się wokół nas.

Gdy już umierałem z głodu pojąłem, że jedynym ratunkiem jest skorzystanie z zasobów, jakie są mi dane. Moja mentorka zachęciła mnie do tego własnym przykładem. Chwyciła truchło zgniłego szczura i wgryzła się w niego. Lepka i słaba skóra rozdarła się z przykrym odgłosem, a ze szczurzych wnętrzności wydobyły się opary. Zamknęła oczy i zjadła go ze smakiem, aż do ogonka. Ogonek z resztką kości, niczym w upiornej parodii ogryzka jabłka, rzuciła na ziemię. Poszedłem w jej ślady. Gdy dopadło mnie pragnienie, piłem wodę z łazienkowego kranu. Wydawało mi się, że dopiero po latach od pierwszej takiej uczty przyzwyczaiłem się do tego na tyle, by nie wymiotować dopiero co zjedzoną strawą. Dopiero wtedy Lilith zaczęła mnie nauczać.

Poznałem miliardy ludzkich żywotów, a wszystkie z nich łączyła jedna wspólna cecha — tragizm. Ona pamiętała je wszystkie, z niebywałą dokładnością potrafiła odtworzyć przebieg Czarnej Śmierci w Europie czy też okrutny gwałt na kobiecie, który miał miejsce jeszcze przed powstaniem Starego Testamentu. Historie, które dla większości byłyby przerażające i przygnębiające, dla niej stanowiły życiodajną siłę, z której i ja zacząłem korzystać. Im więcej wiedziałem, tym słabsza zdawała się być burza na zewnątrz. Gehenna wracała do swojej pani, a ona dzieliła się nią ze mną. Każdy z tych żałosnych żywotów, o których mi opowiedziała, łączył się z moim i potęgował ziejącą we mnie dziurę nieszczęścia.

W przerwach między moją nauką urządzaliśmy sobie iście obrzydliwe uczty. Robiliśmy koktajle z nieczystej wody i szczurzych odchodów w brudnych i poszczerbionych szklankach, wyciskaliśmy flaki z martwych szczurów wprost do naszych ust, czy też rzucaliśmy się nimi w formie zabawy. Ohyda stała się moim drugim jestestwem, to w niej znalazłem ukojenie miliarda Nieszczęść, które we mnie zamieszkały. Byłem gotowy, by stać się Jej Heroldem.

Czas znowu ruszył, burza ustała. Byłem stary. Gehenna, podzielona na dwie, wróciła do Lilith i do mnie. Ponownie staliśmy na cmentarzysku rupieci w starym domu, jak gdyby nic nowego się w nim nie zdarzyło. Uderzyła mnie nagła zmiana w moim postrzeganiu świata — wszystko wydawało mi się żałosne i nie warte uwagi. Nieszczęście wypełniło mnie, swoje nowe naczynie, po brzegi. Wygląd Lilith nie zmienił się, ale odczułem, że jest bardziej materialna. A może to ja stałem się mniej materialny? Nieważne. Istotne jest, że została dla mnie najbliższą istotą na świecie. Razem dzierżyliśmy ból tysiącleci istnienia ludzkości. Nasze dłonie się splotły, a przez wydarzenia, które miały miejsce, nie dało się rozróżnić, która dłoń należy do mnie, a która do niej. Staliśmy się identyczni — człowiek i demon połączeni tym samym cierpieniem, razem strąceni w Gehennę. Wyszliśmy na zewnątrz.

Trawa pod naszymi stopami gniła, a ziemia stawała się jałowa. Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech, po czym wypuściłem z siebie morowe opary. Liście drzew błyskawicznie zżółkły i opadły na ziemię. Szliśmy przez las rozdając hojnie dobrodziejstwo śmierci. Na skraju lasu zobaczyliśmy wioskę, do której właśnie wchodzimy. Ludzie robią znak krzyża na nasz widok i uciekają. Starsze osoby padają od razu. Dorosłych czeka długa i bolesna śmierć. Jedynie dzieci przetrwają. Zdeformowane i jałowe, jak ta ziemia, po której kroczymy, pozbawione wszelkich nadziei i obdarte z jakiejkolwiek godności. Nieszczęście wylało się poza mnie i zaczęło wypełniać kolejne naczynia, mniej wytrzymałe niż ja. Lilith dalej się do mnie uśmiecha. Czuję, że czeka nas jeszcze wiele uczt jak ta, którą mieliśmy w owym domu. Nasza wędrówka szybko się nie skończy.

W końcu na cóż więcej zasługuje ten żałosny świat?  




Autor: https://www.facebook.com/Matthew0795

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki