FANDOM


Delikatnie, tak żeby nie obudzić żony wstałem z łóżka i ruszyłem po omacku w stronę ubikacji kilka razy wykrywając kością piszczelową meble i przeklinając przy tym pod nosem. Udało mi się ręką wymacać włącznik światła. Kiedy go wcisnąłem, oślepiający błysk poraził mnie po oczach. Było to tylko trochę lepsze niż sikanie po ciemku.

Zatrzasnąłem głośno klapę i uciekłem z ubikacji do kuchni.

Nie. Tylko mi się zdawało. Światło mnie poraziło po oczach, ledwo wstałem i na dodatek jestem pod wpływem. Pewnie papier toaletowy się tak ułożył i mnie przestraszył. Tak. Tak było. Czemu miałby tam leżeć martwy noworodek? No serio. To wszystko wina paranoi. Nie mogliśmy pozwolić sobie na dziecko w tamtym czasie, a co dopiero na dwa. Ledwo starczało pieniędzy na nas...

– Skarciłem siebie głośno, kiedy zorientowałem się że stoję na środku kuchni. Nie było mowy o tym że wrócę tam szczać. O nie. Nawet jeśli już wmówiłem sobie, że mi się zdawało, to nie chcę tam dzisiaj wracać.

Chwilowe złudzenie, halucynacja. Pewnie takie rzeczy się zdarzają też innym, ale wstyd się im przyznać.

– Nie, wciąż tam nie wrócę – Powiedziałem do siebie spokojnie, oddając mocz do zlewu. Potem popłukałem go wodą aby całkowicie zlikwidować ślady mojego występku.

Moje oczy już przystosowały się do ciemności, co spowodowało że poczułem się trochę pewniej.

Serce powoli się uspokajało, więc nie zostało mi nic innego jak wrócić do łóżka. Tym razem bez większych przeszkód.

Całe wieki nie mogłem zasnąć. Przez cały czas próbowałem przestać starać się nasłuchiwać nieistniejących odgłosów dochodzących z ubikacji.



Rano obudziła mnie żona wstająca z łóżka. Dzisiaj ja miałem wolne, podczas gdy ona musiała iść z samego rana do pracy.

Pierwszą rzeczą którą zrobiła było udanie się do tej przeklętej ubikacji. Zerwałem się na równe nogi i popędziłem za nią. Stałem przed drzwiami i nasłuchiwałem.

Powinienem był ją ostrzec. Powiedzieć jej żeby uważała. Ale co? Słuchaj kochanie, w kiblu pływa łeb niemowlaka, weź tam uważaj?

Na szczęście nic niepokojącego nie dobiegło do mojego ucha.

Kiedy wyszła, przywitała mnie słowami:

– Co się tak zerwałeś? Możesz iść jeszcze spać, zostawię Ci śniadanie.

Odpowiedziałem jej tylko krótkim ,,dzięki" i dałem jej całusa w policzek.

Wszystko to było spowodowane moją paranoją o dzieciach, niemowlakach i aborcji.

Kiedy o tym teraz pomyślałem, wszystko wydawało się do przyjęcia.

Wróciłem do ciepłego łóżka o wiele spokojniejszy na duchu.


Kiedy wstałem znowu, było w okolicach godziny dziesiątej. Zostałem sam. Nadszedł czas konfrontacji. Sedes i ja. Tylko my dwaj spoglądający na siebie nawzajem podejrzliwym okiem... Dobra koniec. Tak jak się spodziewałem był tam tylko papier toaletowy. Ilość zdeformowanych głów noworodków: zero.

– Operacja zakończona sukcesem – powiedziałem do siebie, głosem nieudolnie starającym się naśladować żołnierza zdającego raport swojemu dowódcy. Poczułem że wrócił mi humor.

Cały dzień mogłem odpoczywać: włączyłem komputer, przyniosłem śniadanie i rozsiadłem się wygodnie na krześle. Kiedy tylko moja super-przestarzała maszyna się uruchomiła (zdążyłem wtedy już zjeść połowę posiłku przygotowanego przez żonę) sprawdziłem skrzynkę pocztową. Znajdował się w niej tylko sam spam dotyczący powiększania pewnej części ciała. W wiadomościach ze świata też nie znalazłem niczego godnego zainteresowania. Nie miałem co ze sobą zrobić, nie mogłem nawet w coś pograć, ponieważ mój komputer wytrzymywał tylko "Sapera". W telewizji nie leciało nic, czego jeszcze bym nie oglądał; tak to jest kiedy ma się tylko 20 niekodowanych programów.

Postanowiłem, że w końcu zrobię to, co dawno zrobić miałem: wbić gwoździk, na którym można by zawiesić kalendarz. Jeżeli facet mówi, że coś zrobi, to to zrobi i nie trzeba mu o tym przypominać co sześć miesięcy.

Wyjąłem z szafki młotek i woreczek z gwoździami. Wyjąłem jednego z nich i "na oko" przyłożyłem do ściany. Po kilku machnięciach młotkiem usłyszałem pukanie dochodzące z drzwi frontowych. Kiedy do nich podszedłem, zobaczyłem przez wizjer stojącego za nimi sąsiada. To ten sam stary zgred, który truje mi życie od samego początku mieszkania tutaj. Ta sama flanelowa koszula, którą nosi codziennie, ten sam szary, wywinięty wąs pod nosem...

– Otwórz Pan! – krzyknął. I to samo ględzenie.

– Oho – mruknąłem sam do siebie, otwierając drzwi.

– Panie, da Pan innym ludziom spać?! Musi tak Pan nawalać tym młotkiem z samego rana? – spytał mnie groźnie, prawie z pianą kapiąca z ust.

Zacząłem się zastanawiać co byłoby straszniej znaleźć w sedesie: zdeformowanego noworodka, czy tego oto dziada?

– Ojej, przepraszam – bąknąłem, starając się nie patrzeć mu w oczy. Obudzenie tego dziadygi sprawiło mi samą przyjemność-Myślałem że skoro jest już po jedenastej...

– TO ŹLE PAN ŻEŚ MYŚLAŁ! – warknął tak rozwścieczony, że niemało opluł mi twarz, po czym odwrócił się i wrócił do swojego mieszkania.

– Już zaraz kończę! – krzyknąłem za nim.

Uroki życia w bloku. Prawdziwy z niego Usian Bolt, skoro przez mniej niż minutę mojego stukania, zdążył się obudzić, ubrać i przyjść mnie nękać. Ciekawe czy jak idzie spać to ściąga tą koszulę?

– Będziesz coś chciał, grzybie jeden – powiedziałem do siebie, uśmiechając się szyderczo. Wróciłem do nieszczęsnego gwoździka.

Jeszcze kilka (nadprogramowych) uderzeń młotka i trzymał się na tyle dobrze, że mogłem zawiesić kalendarzyk, taki ładny, z kotkami. Znowu usłyszałem stukanie do drzwi. Jeżeli to znowu Papa Smerf, to... Jednak po spoglądnięciu w wizjer odkryłem, że po drugiej stronie nikogo nie ma. Mój wzrok automatycznie skierował się na drzwi ubikacji, znajdujące się tuż obok. Zdeformowane głowy noworodków też potrzebują snu. Nie mogłem tak tego zostawić obojętnie, po prostu nie dawałoby mi to spokoju. Kolejny już raz w przeciągu tak niewielkiej ilości godzin, zaglądam do sedesu, który oczywiście był pusty, z czego się ucieszyłem jak hydraulik po skończonej pracy. Nie miałem czym się zająć, więc losowo wybrałem książkę z niewielkiej biblioteczki stojącej w sypialni, wygodnie rozsiadłem się na fotelu i zacząłem lekturę. Przez cały czas wyimaginowane stuknięcia i puknięcia nie dawały mi spokoju. Chociaż... może nie były takie wcale wyimaginowane. To pewnie zgredzik chce mnie zdenerwować. O nie, nie dam się tak łatwo. Z kieszeni wydostałem telefon wraz ze słuchawkami. Przy muzyce dobrych Indie zespołów bijących na cały regulator zabrałem się za mycie naczyń. Moją pracę przerwał okropny smród, taki, jakby coś zdechło, dobiegający gdzieś z otworu wentylacyjnego. Teraz już byłem pewien, że ten stary, spróchniały sąsiad zza drzwi obok chce wojny. Pewnie wrzucił tam coś nieświeżego, a u siebie otwór po prostu zatkał. Teraz, to już chyba wiedziałem, że zdeformowany noworodek w sedesie mógł też być jego sprawką.

Znalazłem w szafce odświeżacz powietrza i wypryskałem chyba z połowę, zanim udało mi się zamaskować ten smród. Zanim przemyślałem jak odpłacić się dziadowi za to wszystko, usłyszałem stukające dźwięki z ubikacji. Ohh, nie. Może jeszcze szczury wpuszcza do kanalizacji?! Ruszyłem, cały zdenerwowany, aby to sprawdzić. Podniosłem klapę... A z sedesu w górę wyskoczyło... coś. Ciało. Zdeformowane ciało noworodka. Zbudowane było z segmentów jak u dżdżownicy, gdzie z każdego z nich wyrastały dwie pary małych rączek. Na jego końcu osadzona była makabryczna głowa niemowlęcia. Z pustych oczodołów płynęła krew, nos był zdeformowany i prawie wklęsły, a w jamie ustnej mogłem dostrzec całe rzędy cienkich, przypominających igły zębów. Całe pokryte było przezroczystym, wydającym się być lepkim, śluzem. Mimo że ten obraz był tak przerażający, udało mi się szybko zareagować. Zatrzasnąłem błyskawicznym ruchem klapę, która z ogromną siłą uderzyła w głowę tego monstra, tym samym z powrotem więżąc go w muszli klozetowej. To coś zaczęło krzyczeć i piszczeć, a to że znajdowało się w tak wyprofilowanej konstrukcji jaką był sedes, tylko zrezonansowało głos tworząc go przeraźliwie okropnym. To nie halucynacja. Cholera jasna. To rzeczywistość. Jak to mogło wejść do klopa? Nie miałem teraz czasu się nad tym zastanawiać. Szybko zacząłem trzymać rękami podskakującą klapę, żeby za wszelką cenę zatrzymać to, co chciało wyjść na zewnątrz. Uszy zaczęły mi pulsować od tego wrzasku, który cały czas się nasilał.

Cholera jasna. Uderzenia zamiast słabnąć, stawały się coraz silniejsze; wszedłem na klapę kolanami, modląc się, żeby to wszystko wytrzymała. Jak było możliwe, żeby coś tak niewielkiego miało tak wielką siłę? Kiedy starałem się wymyślić jakiś konkretny plan, usłyszałem walenie do drzwi frontowych.

– CO. TAM. SIĘ. *****. DZIEJĘ?! – krzyknął nie nikt inny, jak sąsiad z mieszkania obok.

– Morda, śmieciu! – odkrzyknąłem do niego, prawie wychodząc z siebie.

– Obdzierasz tam dziecko ze skóry?!

– Won mi stąd, padalcu! – dopiero kiedy skończyłem wypowiadać te słowa, dotarło do mnie jaki błąd popełniłem.

– Wzywam policję! – wydarł się – Nie ujdzie ci to na sucho, cokolwiek robisz, sukinsynu!

Wydawało mi się że miałem poważniejszy problem od policji na głowie. Dopiero teraz zaczynałem jakoś myśleć. Z szafki wiszącej nad sedesem wyciągnąłem udrożniacz do rur nieznanej marki. Na jego etykiecie dumnie napisane było: PODWÓJNA siła! Rozpuszcza WSZELKIE zalegające substancje organiczne! W pełnym pośpiechu rzuciłem okiem na tylną etykietę w poszukiwaniu składu chemicznego. Wodorotlenek potasowy i wodorotlenek sodowy. Spuściłem wodę, licząc na to, że chociaż na chwilę zmylę swojego przeciwnika. To kupiło mi trochę czasu i przez kilkanaście sekund, w którym jego napór zelżał udało mi się wykonać wszystko czego chciałem. Zakręciłem zawór wody na rurze obok, tak żeby tylko trochę wody wypełniło spłuczkę. Bez ceregieli zrzuciłem górną jej część na podłogę, roztrzaskując ją w drobny mak. Polecenia jak stosować chemikalium nie było mi potrzebne, po prostu wsypałem tam wszystko, co zostało w opakowaniu. Woda zaczęła bulgotać już od samego zetknięcia z substancją, a w nozdrzach poczułem znajomy zapach wodoru. Pociągnąłem za spłuczkę licząc na to, że zdołam załatwić tą bestię.

Żryj to. Ze środka usłyszałem jeszcze bardziej przeraźliwy krzyk tego czegoś. Darło się jakby było obdzierane ze skóry... Może i było, co było tylko dowodem potwierdzającym skuteczność środka. Siła z jaką to monstrum napierało coraz bardziej słabła, aż w końcu zniknęła w ogóle. Pomyślałem, że go załatwiłem, więc podniosłem klapę, żeby sprawdzić czy to coś ma jeszcze szansę przeżyć. Miało. Widok był... najbardziej obrzydliwy ze wszystkich, jakie widziałem w swoim życiu. Mięso odłażące od kości, jakieś części ciała wiszące na ścięgnach, jednym słowem: masakra. Wciąż żyło, a być może tylko dogorywało, przynajmniej tak mi się zdawało. Tak jak mówiłem, zdawało, bo kiedy tylko zauważyło szansę do ataku – zaatakowało. Z niesamowitym pędem wyskoczyło ze środka muszli, starając się na mnie rzucić. Odsunąłem się w ostatnim momencie. Dotarło do mnie, że nie miałem broni, a nawet czegoś do zasłonięcia się – to była martwa sytuacja, szczególnie dlatego, że ubikacja miała powierzchnię około dwóch metrów kwadratowych. Wybiegłem na korytarz zatrzaskując za tym drzwi, ale to jakimś cudem mnie dogoniło wciąż raczkując na tym, co zostało z rączek i z każdym "krokiem" zostawiało za sobą mieszankę śluzu przemieszanego z krwią. Jak ślimak. Co ja do cholery robię? Co tu się do cholery jasnej dzieje? myślałem. Nic już nie było dla mnie rzeczywiste.

Potwór na szczęście przestał się drzeć, co sprawiło wielką ulgę dla moich uszu. Cholera jasna. Co robić? Potwór był tuż za mną, musiałem reagować szybko. Wtedy znów poczułem smród dochodzący z kuchni. Jedna sekunda, która kosztowała mnie na spojrzenie na kratkę wentylacyjną, uświadomiła mnie, że za kilkanaście chwil moja sytuacja się pogorszy. O wiele. Kratka właśnie ustąpiła pod naporowi drugiego identycznego, choć może trochę mniejszego potwora, który już prawie schodził na dół. Cholera jasna. Zupełnie przypadkiem omiotłem wzrokiem młotek leżący w salonie, który zapomniałem schować po skończonej pracy. Nie sądziłem, że kiedyś będę szczęśliwy dzięki mojemu zapominalstwu. A jednak tak dokładnie było. Cały czas potwór był gotowy do skoku, więc nie było czasu. Na nic nie było czasu. Skoczyłem w stronę narzędzia, w połowie kuchni, pozwalając, aby mój pęd zrobił swoje. Kolana uderzyły o płytki. Tarcie pomiędzy moimi spodniami, a nimi była niewielkie, co sprawiło, że wprost pojechałem na nich naprzód. Pokraka z zadziwiająco piekielną prędkością już skoczyła i leciała w moją stronę. Byłem szybszy, jednakże tylko o ułamek sekundy. Zanim zdążyła się zbliżyć by odgryźć mi połowę twarzy, złapałem z podłogi młotek i uderzyłem z całej siły, odsyłając ją na drugi koniec pokoju. Wtedy też zauważyłem dlaczego już nie krzyczy – jej struny głosowe po prostu były widoczne gołym okiem. Potwór zachował się tak jakby nie poczuł wcale bólu, znów zbierał się do ataku. A ja widziałem kiedy drugi z nich już miał biec do mnie przez korytarz. Tak tego nie wygram. Muszę znaleźć coś, co... Gwoździe. Lewą ręką błyskawicznie sięgnąłem do woreczka leżącego obok i złapałem tyle, ile mogłem; nie miałem możliwości, aby myśleć nad bardziej skomplikowanym planem. Gdzieś daleko, usłyszałem zbliżające się syreny policyjne. Postanowiłem wykorzystać okazję, kiedy stwór się zdezorientował. Oparłem się prawą ręką o podłogę, a lewą nogą ze wszystkich pozostałych sił kopnąłem w krzesło stojące nieopodal. Była sprytna, udało jej się uskoczyć, a właśnie o to mi chodziło. Dostała się pod moją lewą rękę z gwoździem ustawionym prostopadle do podłogi. Przyłożyłem go w pierwszy punkt na jej ciele jaki mi się udało i stuknąłem prawą ręką. Tą z młotkiem. Przeraza zaczęła się wić, rzucać, ale nie mogła ruszyć się z miejsca. Gwóźdź tkwił prawie idealnie pośrodku jej ciała, a ja nie zamierzałem poprzestawać na tym. Wbijałem jednego za drugim, krew obryzgała mi już całkowicie wszystkie ubrania, które miałem na sobie oraz twarz. Ale wbijałem dotąd, aż przestało się ruszać. Wtedy... usłyszałem żonę wchodzącą do mieszkania.

– NIE WCHODŹ! – krzyknąłem z całych sił. Ale było już za późno. Druga ze szkarad zauważyła ją, kiedy tylko przekroczyła próg mieszkania. Ta była jeszcze bardziej szybsza od swojego potraktowanego udrożniaczem do rur kolegi. Nawet nie wiem czy moja żona zdążyła coś zauważyć wystrzelającego w jej stronę. Potwór wskoczył na jej bluzkę i wszedł na plecy; z ostatniego segmentu jego ciała wysunęło się coś w rodzaju olbrzymiej igły, która wbiła się gdzieś w okolicach czaszki, zabryzgując podłogę krwią. Oczy mojej żony momentalnie przewróciły białkami, a jej skóra stała się koszmarnie blada. Stwór jakby wniknął w jej ciało.

– NIEEE! – krzyknąłem dramatycznie, chociaż wiedziałem, że nie ma już dla niej ratunku.

Ruszyła na mnie z tylko jednym zamiarem. Chciała mnie zabić. Jej krok nie był mocno śpieszny, dlatego miałem chwilę czasu. Nie mogę... Może da się ją jeszcze jakoś odratować... Musiałem spróbować ucieczki. Złapałem krzesło, które już było użyte w tym samym celu chwilę wcześniej – aby zdobyć trochę czasu. Rzuciłem w nią w całej siły, oczekując tego, że to ją wywróci i będę mógł uciec stąd. Nieważne dokąd. Ona po prostu odepchnęła lecące w jej kierunku ciężkie, kuchenne krzesło ręką, tak jak dzieci odbijają balonika. Zanim się zorientowałem leżałem na podłodze, a ona mnie dusiła. Nie zauważyłem nawet jej ruchu. Wiedziałem, że muszę pożegnać się z życiem. Jej siła była ogromna, nic nie mogło się z nią równać. Czułem, że w okolicach szyi coś mi pęka. Już po mnie. Powoli cały obraz przed oczami zaczynał zanikać, a ja wciąż wpatrzony byłem w jej bezwzględne, niewzruszone oblicze. Wtedy w wejściu do kuchni pojawiła się postać... Był to, jak mi się zdaje, młody policjant, który patrzył na całą tą scenę z wyciągniętym pistoletem w trzęsącej się dłoni, jak u człowieka z parkinsonem. Popatrzył na mnie, potem na nią, wyciągnął rękę, wycelował i... strzelił.


Piszę to wszystko ze szpitala, do którego trafiłem po całej tej akcji. Niedawno byłem poddany operacji rekonstrukcji tchawicy i teraz już jest prawie dobrze. To, co napisałem trochę wcześniej, mam zamiar zeznać pojutrze przed sądem. Boję się, że nikt mi nie uwierzy, ponieważ wszystko, co mogło potwierdzić moją wersję wydarzeń, po prostu zniknęło. Nie ma ciał, krwi, niczego związanego z tymi potworami. Gwoździe, którymi przybiłem jednego z nich, po prostu wyglądają jakby były wbite w podłogę. Nie wiem jak to mogło zniknąć, a teraz wszystko wygląda na to, że wszystko było tylko złudzeniem: nie było żadnych potworów, hałasów, smrodu, niczego! Pewnie zamkną mnie w psychiatryku.

Jedynym, co pozostało, to ciało mojej żony, którą (niby to) bestialsko zamordowałem, a która próbowała się bronić. Albo też nie uznają mnie za wariata i do końca swojego życia będę zamknięty za kratkami. Jedyną rzeczą, która może udowodnić moją niewinność, są zeznania młodego policjanta, który przysięga, że nie strzelił do mnie, tylko do demonicznie wyglądającej kobiety, która właśnie próbowała mnie zabić, i mojego sąsiada z mieszkania obok, który uparcie twierdzi, że słyszał upiorne, dziecięce krzyki...

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.