FANDOM


UWAGA!!! To moja pierwsza creepypasta, cóż.... jest za długa, nie jest straszna... jest tu dużo niepotrzebnych rzeczy... ogólnie ona miała być taka super ekstra i w ogóle... taa, nie jestem do tego stworzona. Ale spróbować nie zaszkodzi, heh. Jeśli są jakieś literówki to przepraszam :P 

_____________________________________________________________________________________

Podstawówka... Nie byłem nielubiany, ale za dużo przyjaciół też nie miałem. W sumie, miałem tylko jedną przyjaciółkę. Mimo, że znałem ją niecały rok, to naprawdę jej ufałem, a ona mi. 

Kiedyś miałem 13 lat. Ja byłem w 6, ona w 5 klasie. Poznałem ją jakąś godzinę po tym, gdy wystawili mnie koledzy. Mieliśmy iść na miasto, ale poszli sami. Ale wracając - siedziałem na jakimś placu zabaw, na huśtawce. Nie pamiętam dokładnie, gdzie się on znajdował. Był otoczony przez pomalowane na pomarańczowo-żółte bloki. Siedziałem na tej huśtawce, lekko się bujając. Patrzyłem w piasek pod moimi nogami i myślałem o tym, jak fajnie byłoby mieć prawdziwego przyjaciela.

I wtedy, dosłownie przede mną, zjawiła się ona. Podniosłem głowę. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłem, była jej czerwona sukienka po kolana. Była uszyta coś w stylu tych takich bombek, czy jak to się tam zwie. Dziewczyna ta miała również długie, jasne, możnaby nawet powiedzieć, że prawie białe włosy związane w dwa warkocze. Kokardki, którymi były związane końce fryzury, sięgały jej po uda.

Posiadała duże, zielone oczy oraz grzywkę opadającą na nie. Po boku miała wpiętą czarną wsuwkę. Miała bladą cerę, mogłoby się wydawać, że trupią. W tamtej chwili ręce miała schowane za siebie. Patrzyła się na mnie z uśmiechem. Nie wyglądała na 5-klasistkę, rzadko ludzie w tym wieku się tak ubierają. W końcu klasy 4-6 to już nie takie dzieci, ale dorośli też nie (mimo że niektóre się tak zachowują). Spojrzałem jej w oczy. Poczułem się nieswojo. To nienormalne, stawać tak przed kimś, kogo się nie zna. Odwróciłem szybko wzrok, ponieważ skapnąłem się, że gapiłem się na nią już ponad 10 sekund.  Zszedłem z huśtawki i odszedłem. Już miałem wychodzić z placu zabaw, gdy tajemnicza dziewczyna krzyknęła:

- Hej, chcesz się zaprzyjaźnić?

Zatrzymałem się. To już było naprawdę dziwne - kto normalny ot tak o to pyta, nawet się nie przedstawiając. Powoli odwróciłem głowę. Tym razem siedziała na huśtawce, w takiej samej pozie jak ja, zanim ona przyszła. 

- Musi ci być naprawdę smutno, tak samemu... - szepnęła.

- O-o co ci chodzi? - spytałem, lekko speszony - I kim ty w ogóle jesteś?

- Ah, przepraszam - powiedziała i zeskoczyła z huśtawki. - Jestem Marysia, ale mów mi Mary. Wiesz, takie angielskie imię. A ty musisz nazywać się Patryk.

Chwilę się nie odzywałem, ale stwierdziłem, że zapytam czy się znamy.

- Oh, nie wiem, czy ty mnie znasz, ale ja ciebie tak. No, tak jakby. W szkole, w sali 29, siedzisz w ostatniej ławce od ściany, prawda?

Zdziwiłem się. Miała rację.

- Też tam siedzę. Zobaczyłam raz na niej napis "otaku desu" i zainteresowałam się, gdyż też jestem otaku. To ty go napisałeś, prawda?

- Skąd to wiesz?

- Pewnego razu pani wysłała mnie do klasy 6 "B", akurat gdy mieliście lekcje w 29. Zobaczyłam, że tam siedzisz, a gdy musiałam iść na koniec sali po kartony, zauważyłam, że rysujesz mangę. Stwierdziłam, że to możesz być ty.

Aby nie przedłużać, powiem, że chwilę jeszcze z nią rozmawiałem, a potem nasze kontakty robiły się coraz lepsze. Spędzaliśmy więcej czasu ze sobą, razem rozmawialiśmy o wspólnym hobby. To był chyba jeden rok z najlepszych lat mojego życia.

Jednak nadeszło gimnazjum i musiałem się z nią rozstać. Zdziwiło mnie, że strasznie płakała na zakończeniu roku. Natomiast, gdy szedłem do domu po ceremonii, patrzyła się na mnie z wyrzutem. Nie rozumiałem jej, przecież utrzymywalibyśmy kontakty. Ale nie było tak. W każdy dzień wakacji próbowałem dodzwonić się do niej, jednak nie udawało mi się. Albo nie było sygnału, albo było słychać tylko szum. Chciałem też pójść do jej domu, spytać się jej dziadków (rodzice nie żyli) co z nią, jednak nie udało mi się. To zdziwiło mnie najbardziej. Jej domu w ogóle już nie było.

W gimnazjum było lepiej niż w podstawówce. Tam miałem przyjaciół, którzy stawiali się za mną w każdej sytuacji. Przez 3 lata wspaniale się z nimi bawiłem. Razem było nas pięcioro - ja, Tatiana, Olek, Małgosia oraz Hubert. Podczas tych 3 lat zakochałem się w Małgosi, zaczęliśmy ze sobą chodzić w 3 klasie. Była cicha, jednak umiała się bawić. Niestety, miała problemy z sercem i nie mogła biegać. Ogólnie te lata były świetne. Ale wiadomo, nic nie trwa wiecznie. Nastał dzień rozstania, koniec 3 klasy. Było to smutne. Wtedy już praktycznie zapomniałem o Marysi. Czasem zdarzało mi się o niej myśleć, ale rzadko. Mówiłem jej, do jakiego idę gimnazjum, myślałem, że może też tu pójdzie, ale nie zrobiła tak. Nawet nie wiedziałem, co się z nią dzieje, żadnego kontaktu z nią nie miałem.

Do liceum udało mi się dostać tylko z dwoma przyjaciółmi - Hubertem oraz Tatianą. Z Olkiem oraz Małgosią kontaktowaliśmy się zazwyczaj przez telefony i spotykaliśmy się dość często. I tak minął jeden rok, nastała 2 klasa. Oraz przyszli nowi uczniowie... 

Zauważyłem ją na rozpoczęciu roku. Duże, zielone oczy, jasne, można by powiedzieć, że prawie białe włosy, związane w dwa długie warkocze. Kokardki kończące fryzurę sięgały po uda. Blada, mogłoby się wydawać, że nawet trupia cera. Lekko ciemniejsza niż kiedyś. Tak, byłem pewny, że to ona. To była Marysia. 

Nie wiedziałem, co zrobić. Dyrektor skończył przemowę. Pójść do niej i przywitać się? Nie, możliwe, że ona mnie w ogóle nie pamięta. I ten wzrok po zakończeniu roku w podstawówce... Może lepiej nie robić nic.

Ale Marysia nie myślała tak samo. Gdy przed szkołą jeszcze rozmawiałem z przyjaciółmi i narzekałem na nadchodzące 10 miesięcy, poczułem, że ktoś mnie dotyka za ramię. Odwróciłem się. To była ona. Znowu patrzyła na mnie uśmiechnięta.

- Patryk? To naprawdę ty? - ucieszyła się. Tatiana i Hubert byli zdziwieni, wyjaśniłem im sytuację. Spytałem, czy nie mieliby nic przeciwko, gdyby przyłączyła się do naszej "paczki", ponieważ jest naprawdę fajna. Zgodzili się.

Jednak tydzień po rozpoczęciu... Coś się między nami psuło. Coraz mniej bywałem z przyjaciółmi z gimnazjum, a więcej z Marysią. I to wcale nie ja się oddalałem od nich, tylko oni ode mnie. W końcu już w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy, nawet nie witaliśmy się ze sobą. Pewnego dnia spytałem ich, o co chodzi.

- Wiesz, Marysia, ona... - zaczęła Tatiana, lekko speszona.

- Więc, nie lubicie Marysi? - spytałem z wyrzutem - Czemu mi nie powiedzieliście?

- Nie, ona jest bardzo fajna... a przynajmniej była... gdyby nie to, dlaczego się od ciebie oddalamy, byłaby bardzo fajna. - odpowiedziała Tatiana.

- Nie o to chodzi - doczepił się Hubert - Ona... ona cały czas kręci się przy tobie, nas od ciebie oddala. Dajmy na przykład, chcę ci coś powiedzieć, a ona natychmiast się ode mnie zabiera, lub woła. A to nie wszystko, bo jest jeszcze jedna sprawa.

- No proszę, mów. - powiedziałem. Byłem zły. Jeśli są zazdrośni, mogli mi powiedzieć.

- Otóż Marysia... ona nam... groziła.

Zdziwiłem się. Marysia? Grozić komuś? Nie, to niedorzeczne. Niby dlaczego miałaby to robić? Tamtego dnia po raz pierwszy od początku naszej przyjaźni poważnie się z nimi pokłóciłem. Mówili, że ona nie chce, żeby Tatiana i Hubert się ze mną przyjaźnili, że jeśli zobaczy ich razem to pozabija ich rodzinę i że jeśli zadzwonią po policję, to zabije ich tu i teraz. Wtedy stwierdzili okej - nie to nie, koniec tego. Nie będą się w nic mieszać.

Wróciłem do domu wściekły. Od razu poszedłem to swojego pokoju. I od tamtej pory zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Co noc miałem koszmary, przez co nie chciałem chodzić do szkoły. Mama poważnie się o mnie martwiła. Nawet gdy wychodziłem do szkoły, to tak naprawdę chowałem się gdzieś w lesie lub na tyłach budynku. W końcu nastały dni, kiedy już w ogóle nie widywano mnie poza moim pokojem. Mama przynosiła mi jedzenie, płakała, bym coś ze sobą zrobił. Ale nie mogłem. Nie wiedziałem, czemu tak było. Tak jakby całe życie było koszmarem, nieważne czy to był dzień, czy noc. Nawet nie spałem. Jedynie siedziałem w kącie pokoju przy zgaszonym świetle. Bałem się.

Strach.

Przyjaźń.

Szaleństwo.

Wszędzie ją widziałem. Była najgorszym koszmarem, jaki mnie spotkał. Chciałem zapalić światło, ale ona mi nie pozwalała. Chciałem zawołać mamę, ale ona mi nie pozwalała. Jedynie, gdy mama przychodziła przynieść mi jedzenie, to wszystko zatrzymywało się, ale nie mogłem poprosić, by tu została. Ona by ją zabiła. Ona, czyli tajemnicza postać z ciemnoczerwonymi, naprawdę długimi, dłuższymi niż swoje ciało, rozpuszczonymi włosami. Skądś ją kojarzyłem, jednak nie pamiętałem skąd.

Wszędzie było ciemno, więc nie do końca wszystko widziałem. Mimo, że powinienem był być w stanie zobaczyć w ciemności oczy, widziałem tylko włosy. Mimo, że włosy były równie ciemne, co reszta pomieszczenia. Nie wiem, ile siedziałem w pokoju, ale na pewno długo. W końcu, pewnego dnia lub nocy przyszła dziewczyna. W porównaniu do tamtej, ta miała jasne, długie włosy zaplecione w warkocze. Weszła powoli do mojego ciemnego pokoju, zamykając za sobą drzwi.

- Patryk? - powiedziała naprawdę cichym, słodkim głosem. Dziwnie się wtedy poczułem. Strach mnie opuścił, byłem bezpieczny. Już się nie bałem, ale wstydziłem. Jak nigdy dotąd, jak nigdy dotąd nikomu nie ufałem, tak zaufałem tej dziewczynie. W tamtej chwili wprost ją pokochałem. Zapomniałem o Małgosi. Myślałem, że gdybym jej powiedział, że zamordowałem jej rodzinę, ona nic by mi nie zrobiła, ani nie zgłosiła na policję. Po prostu ona zamordowała by moją, ale nie wzruszyłoby mnie to, gdyż miałem ją. 

- Mary... - powiedziałem nieco głośniej niż ona, chrypowatym głosem. Lekko podniosłem głowę i spojrzałem na nią. Zobaczyłem na zegarku, że jest godzina 17:23. Panowała głucha, ale zarazem, jak dla mnie, głośna cisza. Ledwie mogłem ją znieść. I wtedy znowu to. Ona. Znowu się pojawiła, za dziewczyną, której ufałem najbardziej. Przewracając się na bok, krzyknąłem nie tylko ze strachu, jak i z bólu, który nagle pojawił się i przeszył całe moje ciało. Mary podbiegła do mnie. "Patryk" mówiła cały czas. Powoli otwierałem oczy i szybko oddychałem. "Patryk, nie bój się, jestem tu. Patryk.". Przytuliła mnie. Nie wiem, ile czasu leżeliśmy w tej pozie, ale w końcu zasnąłem.

Wtedy po raz pierwszy od nie wiem ilu, nie śnił mi się koszmar. Wtedy praktycznie nie śniło mi się nic. Jednak wolałbym mieć najstraszniejszy koszmar, niż znosić to, o czym zaraz powiem.

Obudziłem się w dziwnym, szarym pomieszczeniu. Nie, nie byłem skuty łańcuchami, przytwierdzony do podłogi, czy przyczepiony do jakiegoś łóżka. Po prostu obudziłem się siedząc w kącie jakiegoś pomieszczenia. I wtedy poczułem się samotny.

- Mary? - powiedziałem cicho. Zacząłem czuć lęk, który przerodził się w strach. Po chwili zacząłem przerażony wykrzykiwać jej imię tak głośno, jakby ktoś obdzierał mnie ze skóry. Mimo, że nic się nie działo. I znowu ten straszny ból. Już słyszałem, jak szaleństwo puka do drzwi mojego umysłu, ale wtedy znowu ten cichy, słodki głos. "Patryk". Otworzyłem szeroko oczy i zaśmiałem się.

- Mary?! - podniosłem szybko głowę uradowany. Jednak to nie była Mary. To była ONA. Ciemnoczerwone, naprawdę długie włosy. Jednak tym razem mogłem ujrzeć ją dokładnie. Miała czarne oczy, na jednym z nich była przepaska z krwistoczerwonym krzyżykiem. Na szyi, połowie policzka oraz pod okiem miała zszyte blizny, wyglądające na świeże. Była ubrana w ciemną, kruczoczarną suknię aż po podłogę. Nie byłaby taka straszna, gdyby nie to, że postać ta nie miała... ust. Patrzyła się na mnie z szeroko otwartymi oczami, jakby przestraszona. Nie krzyczałem. Nie byłem w stanie. Przerażenie przejęło całe moje ciało, nie mogłem się ruszyć.

W pewnej chwili ciemnowłosa zaczęła rozrywać skórę w miejscu, gdzie powinny być usta, a nadmiar krwi prysnął na mnie i dookoła. Nie minęła sekunda, która wydawała się być godziną, nim zacząłem krzyczeć. Pchałem się do ściany tak jak tylko mogłem, kopałem, wrzeszczałem. Postać patrzyła się na mnie tym samym przerażonym wzrokiem. Usłyszałem, jak coś mówi, jednak nie wiedziałem co. Zaskoczyło mnie. Ze zdziwienia przestałem krzyczeć. Jedynie trzymałem się skulony za głowę. To mnie przerastało. Nie chciałem już tam być. Chciałem być w swoich ciemnych czterech ścianach z przerażeniem i poczuciem niebezpieczeństwa. To byłoby stokrotnie lepsze. Nagle tajemniczy potwór podniósł rękę, walnął nią o swoją klatkę piersiową i zaczął rozdzierać tamto miejsce. Wyrywał sobie serce. Jednak nadal patrzył na mnie tym swoim strasznym, przerażonym wzrokiem. Wtedy usłyszałem, co mówił. Patrzyłem się na postać przerażony i w duchu wrzeszczałem, by odeszła. Wtedy usłyszałem ten głos, który tak kochałem.

-Małgosiu, przestań. Nie strasz go tak.

Wtedy postać zniknęła. Widziałem jedynie Mary. Wskazała ręką w moją stronę i... znowu. Znowu czułem ten okropny ból, jakby ktoś wyrywał mi organy wewnętrzne żywcem, jakbym jednocześnie płonął i dusił się, nie mogłem złapać tchu. Po, wydawałoby się, kilku godzinach tego okropnego uczucia, byłem już tak zmęczony, że ledwo krzyczałem. "Czyli to tutaj umrę?" pomyślałem. Zacząłem myśleć o swoim życiu. O tym, co przeżyłem i przeżywam. Wtedy spostrzegłem jedną rzecz. Mary. Co ona tu w ogóle robi?

Spojrzałem na nią. Chciałem jej zadać to pytanie, jednak nie mogłem, nie miałem już siły. Wtedy Marysia pstryknęła. Znowu byłem w swoim pokoju. Nie miałem plam krwi na ciuchach. Była godzina 17:24. Szybko wybiegłem z pokoju. Zacząłem szukać mamy. Okazało się, że myje naczynia w kuchni. Przybiegłem do niej zmachany. Ona zaskoczona odwróciła się i popłakała. Teraz niczego się nie bałem. Nagle, ten cały strach... zniknął. Po prostu. Chwilę z nią rozmawiałem, po czym poczułem, że muszę się przebrać, gdyż nieco śmierdziałem. Ale... czułem się dziwnie. Cały strach, przerażenie... Czułem, jakby tego nigdy nie było. Wszedłem do pokoju, przebrałem się i chciałem wychodzić, ale na stoliku nocnym zobaczyłem małą kartkę.

"Byłeś wspaniałą zabawką ♥

I love you! ♥

Podziękuj Małgosi ♥

Mary~ ♥"

Od tamtego czasu miałem problemy z sercem. Nie mogłem biegać. Ale dzięki temu sercu teraz żyję.

Dzięki, Małgosia. Wiem, że lubiłaś konwalie, dlatego złożyłem ich bukiet na twoim grobie.

_____________________________________________________________________________________

A teraz takie małe wyjaśnienie, bo to nie ma ładu i składu... cóż. To wszystko to wina Mary. Ma ona różne moce, kilkoma z nich jest właśnie robienie iluzji (bardzo realistycznych), umie zmieniać swój wiek i takie inne. Jest to postać, którą wymyśliłam, stwierdziłam, że do czegoś ją wykorzystam. Taa... to tyle.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki